Joanna Krakowiak, wywiady

Wyedukowany konsument to olbrzymi kapitał dla każdej firmy

Rozmowa z Katarzyną Wójcicką, przewodniczącą Rady Eksperckiej Krajowej Rady Suplementów i Odżywek, oraz Joanną Krakowiak, przewodniczącą Komisji Etycznej KRSiO, radcą prawnym z praktyki life science i postępowań regulacyjnych kancelarii Wardyński i Wspólnicy.

Redakcja: Po co Krajowej Radzie Suplementów Diety i Odżywek komisja etyczna? Czy nieetycznych zachowań na tym rynku jest szczególnie dużo?

Katarzyna Wójcicka: Każda branża potrzebuje swojego kodeksu etycznego, bo nieetyczne zachowania godzą w całą branżę. Rynek suplementów diety jest oczywiście ściśle regulowany, ale niektórzy, chcąc pozyskać klientów, lawirują na granicy, albo nawet tę granicę przekraczają. Tymczasem etyczne jest odpowiadanie na potrzeby konsumenta, a nieetyczne – próby wywoływania tych potrzeb tam, gdzie ich nie ma.

Joanna Krakowiak: Rynek suplementów jest bardzo rozdrobniony, dlatego standardy etyczne przestrzegane przez branżę są różne. Rolą KRSiO, a w szczególności Komisji Etycznej, jest wyznaczanie wysokich standardów etycznych i propagowanie zasad prowadzenia biznesu w sposób odpowiedzialny społecznie. Nasze działania mają przede wszystkim funkcję edukacyjną.

Jaki wpływ mogą mieć Państwo na zachowania firm niezrzeszonych w KRSiO?

KW: Oczywiście stowarzyszenie branżowe nie jest instytucją kontrolną. Jest dobrowolnym stowarzyszeniem przedsiębiorców, które ma ułatwić im funkcjonowanie na rynku. Dla dobra branży ważne jest jednak to, żebyśmy uświadamiali także niezrzeszonym producentom, że przekroczyli granicę dobrego smaku, np. w reklamie. W przypadku bardzo ewidentnych naruszeń wysyłaliśmy pisma i zwracaliśmy uwagę na niewłaściwe zachowania. Oczywiście nie mamy mocy sprawczej, ale w wielu wypadkach to wystarczyło. Często firmy popełniają naruszenia po prostu z niewiedzy albo czerpiąc złe wzorce z internetu.

A nie stykają się Państwo z zarzutem, że pozbawiając producentów możliwości odwoływania się np. do lęku przed chorobą, pozbawiają ich Państwo przewagi konkurencyjnej?

KW: Przewagi konkurencyjnej trzeba szukać w jakości, w dobrej komunikacji z konsumentem. Zresztą nasi członkowie nie reklamują się w ten sposób. Takie wątpliwe etycznie hasła pojawiają się na produktach dostępnych w internecie, które nigdy nie zostały zgłoszone Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu.

Tu zresztą widzimy podstawowe zadanie naszego stowarzyszenia: oddzielić rynek legalny od nielegalnego. Wystarczyłby prosty zabieg: uświadomienie konsumentom potrzeby zaglądania do rejestru produktów zgłoszonych do Głównego Inspektora Sanitarnego. Ten rejestr jest dostępny na stronie GIS, ale obecne procedury nie gwarantują, że konsument znajdzie tam każdy notyfikowany produkt. My dążymy do tego, żeby każdy zgłoszony produkt automatycznie trafiał do tego rejestru i mógł być łatwo zidentyfikowany.

Oczywiście samo zgłoszenie nie gwarantuje, że inspekcja nie będzie miała żadnych uwag, ale w ten prosty sposób oddzielilibyśmy rynek legalny od nielegalnego.

Czym właściwie są suplementy diety?

JK: Suplement diety, jak sama nazwa wskazuje, ma na celu uzupełnienie diety, a nie leczenie. Jest skoncentrowanym źródłem witamin, składników mineralnych lub innych substancji odżywczych, które wywierają pewien efekt fizjologiczny na organizm człowieka, ale jest to efekt inny niż leczniczy. Tak sformułowana definicja sprawia, że w bardzo wielu przypadkach niezmiernie trudno jest ustalić, czy mamy do czynienia z suplementem diety, czy z lekiem bez recepty. Wiele jest tzw. produktów z pogranicza, borderline. Dlatego każdy przypadek trzeba ocenić odrębnie, biorąc pod uwagę cały sposób oddziaływania produktu na człowieka.

Drugi element definicji dotyczy sposobu przedstawienia. Gdyby jakiś producent suplementu przypisał swojemu produktowi funkcje lecznicze, mogłoby to prowadzić do zaklasyfikowania tego produktu jako leku, nawet jeżeli w rzeczywistości takich funkcji nie posiadał.

KW: Co oczywiście nie oznacza, że ten produkt zostałby jako lek dopuszczony do obrotu, bo nie można by wykazać jego działania terapeutycznego.

JK: W każdym razie realia na polskim rynku są takie, że przeciętny konsument nie rozróżnia suplementu diety i leku bez recepty. Dlatego ogromną rolą stowarzyszenia jest to, żeby ten stan świadomości zwiększać. Wyedukowany konsument to olbrzymi kapitał dla każdej firmy. Taki konsument wie, co i po co kupuje, i jest mniej podatny na różne slogany bez pokrycia. Ma też świadomość, jakie substancje są zawarte w danym produkcie, i wie, że przekroczenie ich dopuszczalnej dawki może być niebezpieczne dla jego zdrowia. Dlatego prowadzenie akcji edukacyjnych zmniejsza ryzyko regulacyjne producentów żywności, którzy mogliby w przyszłości odpowiadać za niewłaściwe ostrzeżenia dotyczące możliwości przekroczenia dawek witamin, minerałów i innych substancji pochodzących z różnych źródeł.

KW: Trzeba pamiętać, że żywność, suplementy to bardzo szczególny obszar. Dzięki diecie i suplementom możemy utrzymać zdrowie, ale stosując produkty złej jakości czy w złych dawkach, niedostosowaną do rzeczywistych potrzeb, łatwo możemy sobie zaszkodzić, tak samo jak spożywając żywność wytwarzaną w niewłaściwych warunkach, przeterminowaną czy w nadmiarze.

Dlatego prowadzimy szeroko zakrojone działania edukacyjne. Podjęliśmy mini kampanię społeczną pt. „Wybieram zdrowie, jem kolorowo i witaminowo”. Wydaliśmy książeczkę dla dzieci „Maleńka nauka o zdrowiu”, napisaną przez amerykańskiego kardiologa Valentina Fustera. Chodzi o to, żeby wpoić najmłodszym pewne nawyki żywieniowe i dotyczące zdrowego stylu życia, wyjaśnić, czemu jedna dieta jest zdrowa, a inna niezdrowa.

Razem z Instytutem Żywności i Żywienia zgłosiliśmy też do NCBR projekt „Zdążyć przed batonikiem” w ramach programu Innowacje Społeczne. Chcemy zbadać, kiedy w rozwoju dziecka jest graniczny moment, do którego możemy jeszcze oddziaływać na nawyki żywieniowe i nie dopuścić do wyrobienia nawyku sięgania po słodycze. Chodzi o to, żeby dziecko sięgało po zdrowe i smaczne przekąski, takie jak marchewka czy jabłko, a niekoniecznie po ciastko czy czekoladkę.

Nie boją się Państwo, że wykształcą Państwo pokolenie odżywiające się w absolutnie zbilansowany sposób, które nie będzie już musiało sięgać po suplementy?

KW: To bardzo kusząca wizja, ale niestety utopijna. W dzisiejszym świecie nie ma możliwości, żeby w którymś momencie nie było nam potrzebne uzupełnienie diety o substancję odżywczą, której, w danych okolicznościach, zabrakło w pożywieniu. Wtedy skoncentrowane źródło tego składnika w postaci suplementu diety, oczywiście dobrze dobranego, może okazać się zbawienne.

Jakie kwestie regulacyjne są dla branży szczególnie kłopotliwe?

KW: Podstawowym problemem dla przedsiębiorcy jest funkcjonowanie na rynku obok produktów nienotyfikowanych, poza kontrolą. Powinny zostać wdrożone instrumenty państwowe, żeby lepiej chronić rynek legalny. To jest sprawa ważna nie tylko dla producentów, ale też dla konsumentów, bo chodzi o ich bezpieczeństwo.

A druga sprawa to brak procedur administracyjnych w postępowaniu wyjaśniającym. W efekcie takie postępowanie, mimo obecności produktu na rynku, może się ciągnąć latami.

JK: Chodzi o przyjęty w Polsce model implementacji dyrektywy dotyczącej suplementów diety. W Polsce wprowadzenie suplementu diety na rynek wymaga notyfikacji do Głównego Inspektora Sanitarnego. W ramach procedury notyfikacyjnej możliwe jest uruchomienie tzw. postępowania wyjaśniającego, którego przesłanką są wątpliwości dotyczące klasyfikacji produktu. Może to być kwestia pogranicza między lekiem a żywnością albo pomiędzy suplementem diety a środkiem specjalnego przeznaczenia medycznego. W takim wypadku inspekcja żąda od notyfikującego producenta przedstawienia opinii, że produkt notyfikowany rzeczywiście wypełnia zadeklarowane cechy. Postępowanie wyjaśniające powinno się zamknąć w dwóch miesiącach, ale w ten czas nie wlicza się czasu potrzebnego na uzyskanie opinii, w związku z czym producenci całymi latami mogą czekać na ostateczny werdykt.

Na dodatek mamy tu do czynienia z odwróceniem ciężaru dowodu. W standardowej sytuacji organ powinien przynajmniej uprawdopodobnić wątpliwości co do wskazanej przez producenta klasyfikacji, tzn. sformułować zarzut, że jest ona błędna. Tymczasem inspekcja takiego zarzutu nie formułuje, a jedynie zobowiązuje producenta, żeby na własny koszt przedstawił odpowiednią opinię. Na dodatek wiążący charakter ma opinia Urzędu Rejestracji Leków, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Takie przypisanie określonej opinii szczególnej wartości dowodowej, niezależnie od rzeczywistej wagi tej opinii, jest ewenementem w prawie polskim.

Producent, chcąc zweryfikować poprawność działania inspekcji, może jednak wprowadzić produkt na rynek i zobaczyć, czy powiatowy inspektor sanitarny nie zatrzyma tego produktu na rynku. Na wydaną decyzję o czasowym wstrzymaniu produktu w obrocie przysługuje już zażalenie do wojewódzkiego inspektora sanitarnego, a następnie skarga do sądów administracyjnych. To rozwiązanie może być dość kosztowne, ale jeśli bolączką jest niepewność co do możliwości wprowadzenia danego produktu do obrotu, to czasem warto podjąć pewne ryzyko.

Przykładem może być Gingko biloba, substancja roślinna. Istniały wątpliwości, czy może ona wchodzić w skład suplementu diety, czy wyłącznie w skład leku. W różnych krajach ta kwestia jest w różny sposób uregulowana. W Polsce ten problem został rozstrzygnięty w sądownictwie administracyjnym. Produkt zawierający tę substancję został zatrzymany na rynku i sprawa, dzięki systemowi odwołań, trafiła do sądu administracyjnego. Zweryfikował on poprawność działania inspekcji sanitarnej i wydał precedensowe orzeczenie, dzięki któremu Polska jest dziś postrzegana jako kraj przychylny Gingko.

Jakie działania prowadzi obecnie Komisja Etyczna?

JK: Prowadzimy przegląd opracowanego w 2006 roku Kodeksu etycznego pod kątem aktualnych wyzwań związanych w szczególności z reklamą w internecie oraz najczęstszymi błędami popełnianymi przez firmy. Często się zdarza, że firma reklamuje swój produkt jako „jedyny na rynku”, „najlepszy na rynku” lub „przebadany”, nie precyzując, czy chodzi o badanie konsumenckie czy kliniczne. Chcemy zidentyfikować aktualne problemy w komunikacji marketingowej i uregulować je w Kodeksie etycznym, żeby producent miał praktyczną wskazówkę, kiedy użycie danego hasła jest dopuszczalne, a kiedy nie.

Oczywiście ta materia w dużej mierze jest regulowana przepisami prawnymi, ale rolą organizacji branżowej i kodeksu branżowego jest uzupełniać istniejące regulacje i dawać wskazówki interpretacyjne dotyczące stosowanych praktyk na rynku. To dałoby nam bardzo praktyczne narzędzie, które mogłoby służyć np. wykładni przepisów w przypadku sporu sądowego między konkurentami lub producentem a konsumentem. Sądy mogą bowiem stosować tzw. soft law, czyli m.in. właśnie branżowe kodeksy etyczne, jako wskazówkę przy wykładni przepisów powszechnie obowiązujących.

Jaka jest przyszłość branży suplementów diety i odżywek?

JK: Perspektywy są bardzo obiecujące. Szacuje się, że wzrost wartości rynku suplementów będzie wynosił 4-5% rocznie na świecie, a w Polsce nawet 7-9% rocznie.

KW: A jeśli chodzi o typ produktów, to absolutną przyszłością jest spersonalizowana suplementacja diety. Suplementy służą bowiem uzupełnieniu diety, a każdy z nas powinien ją trochę inaczej bilansować. Każdy ma swoje ulubione potrawy, pewnych rzeczy nie je, w związku z czym pewnych składników odżywczych ma w nadmiarze, a innych mu brakuje.

JK: Suplement może być też dostosowany do genotypu, do określonej flory bakteryjnej. Najwięcej badań w tym obszarze prowadzi się w USA. Na podstawie wykonanych testów możliwe jest komponowanie produktu dla konkretnego konsumenta. Tu dochodzimy do kolejnego trudnego obszaru, tzn. współpracy między branżą spożywczą a medyczną, zwłaszcza przedstawicielami ochrony zdrowia.

KW: Zwłaszcza w Polsce lekarze nie są przygotowani do profilaktyki i mówienia pacjentom, co powinni jeść i co powinni uzupełniać, żeby utrzymać zdrowie. Są nastawieni na pacjentów, nie konsumentów. A przecież profilaktyka jest tańsza od leczenia.

Rozmawiała Justyna Zandberg-Malec