Nowe podejście do ochrony środowiska pilnie potrzebne


Wiele osób narzeka na nadmiar regulacji dotyczących ochrony środowiska. Nakazy i zakazy dyktowane potrzebą ochrony środowiska dotyczą coraz bardziej szczegółowych i wydawałoby się – bagatelnych aspektów działalności człowieka. Niekiedy trudno uchwycić ich istotę i zrozumieć, jak nowe rozwiązania prawne mają zapobiec degradacji środowiska. Tak naprawdę jednak te rozwiązania nie idą jeszcze tak daleko, jak powinny.

W ostatnim czasie szeroką dyskusję wywołały nowe rozwiązania wprowadzające zakaz obrotu od 2021 r. produktów plastikowych jednorazowego użytku, takich jak patyczki kosmetyczne czy też kijki do balonów. Przepisy wyraźnie uzasadniają wprowadzenie ograniczeń i nowych obowiązków potrzebą ochrony mórz i oceanów. Wyniki badań wskazują, że co roku do oceanów trafia nawet kilkanaście milionów ton plastiku, a połowa wszelkich odpadów w morzach (według niektórych badań nawet znacznie więcej) to plastikowe pozostałości artykułów jednorazowego użytku.

Tego typu nowych regulacji jest coraz więcej, a współzależności między działalnością człowieka a jej wpływem na środowisko stają się coraz trudniejsze do uchwycenia. Pomijając już to, czy nowe przepisy mają szansę przyczynić się do rozwiązania problemów, warto zwrócić uwagę na ich pewną cechę charakterystyczną. Ich celem jest bowiem ochrona środowiska jako takiego, z całym bogactwem współzależności między poszczególnymi komponentami ekosystemów, bez wyróżniania tych, które są istotne dla człowieka lub niezbędne do prowadzenia określonej działalności.

Nie tylko walory użytkowe

To istotna zmiana paradygmatu. Dopiero współcześnie prawo i polityka ochrony środowiska zaczęły odważniej wykraczać poza wąskie, antropologiczno-utylitarne podejście, charakterystyczne dla początków prawnej ochrony środowiska przyrodniczego. Wystarczy porównać tytuły dwóch konwencji międzynarodowych, które dzieli od siebie dziewięćdziesiąt lat: konwencji z 19 marca 1902 r. o ochronie ptaków pożytecznych dla rolnictwa i konwencji o różnorodności biologicznej z 5 czerwca 1992 r.

Już sam tytuł pierwszej z nich wskazywał, że ochronie powinny podlegać te elementy środowiska, które są istotne dla działalności człowieka. Wartości środowiska upatrywano w jego przydatności dla człowieka. Zupełnie odmienne podejście zaprezentowano w drugiej umowie międzynarodowej. W jej preambule podkreślono, że ochrona różnorodności biologicznej jest wspólną sprawą ludzkości ze względu na jej wartości ekologiczne, genetyczne, społeczne, ekonomiczne, naukowe, edukacyjne, kulturowe, rekreacyjne i estetyczne. O wartości środowiska przesądza zatem cały kompleks najróżniejszych czynników, a nie tylko przydatność dla człowieka. Środowisko przyrodnicze trzeba chronić, bo jest ono wartością samą w sobie.

O tym, jak nieoczywisty jeszcze niedawno wydawał się ten koncept, świadczą kłopoty z polskim tłumaczeniem preambuły konwencji o różnorodności biologicznej. Anglojęzyczne sformułowanie „intrinsic value of biological diversity” zostało błędnie przetłumaczone jako „istotne znaczenie różnorodności biologicznej” (zamiast „samoistna wartość różnorodności biologicznej”).

Nie tylko prawo

Rosnące uznawanie wartości środowiska jako takiego jest charakterystyczne nie tylko dla instrumentów stricte prawnych. Widać je chociażby w katolickiej nauce społecznej. Do rewizji poglądów i zdefiniowania na nowo roli środowiska naturalnego przyczyniła się m.in. encyklika Jana Pawła II pt. „Redemptor hominis”, w której postawiono następującą diagnozę: „człowiek zdaje się często nie dostrzegać innych znaczeń swego naturalnego środowiska, jak tylko te, które służą celom doraźnego użycia i zużycia”. To zaś skutkuje szczególnie niebezpiecznym ryzykiem zatracenia różnorodności biologicznej. Dzięki upowszechnieniu idei zawartych w cytowanej encyklice dyskurs o ochronie środowiska zyskał szeroki walor humanistyczny, który poprzez społeczną naukę Kościoła utorował sobie drogę do ukształtowania poglądu, zgodnie z którym wartość pewnych zasobów przyrodniczych należy oceniać nie tylko w kontekście ich przydatności hic et nunc.

Papież Franciszek, podejmując ten dyskurs w encyklice „Laudato si”, podkreślił, że środowisko nie jest tylko zasobem przeznaczonym wyłącznie do eksploatacji, lecz ma wartość samą w sobie. Stanowi ono zatem dobro publiczne, „mienie całej ludzkości i wszyscy są za nie odpowiedzialni”. Odmienne, skrajnie antropocentryczne postrzeganie środowiska prowadzi do zerwania więzi społecznych i zatracenia troski o dobro wspólne.

Wspomniane obserwacje skłoniły Franciszka do zaproponowania idei ekologii integralnej. Ochrona środowiska w jej ramach wymaga podejścia holistycznego, w duchu sozologii integralnej. Ma ona jednoczyć społeczności i urzeczywistniać sprawiedliwość międzypokoleniową na poziomie globalnym. Temu zaś służyć powinno prawo, którego ramy winny umożliwić urzeczywistnienie powyższych założeń. Obecne tendencje rozwojowe międzynarodowego prawa środowiska nadają również odpowiedzialności za szkody wymiar temporalny. Wartość środowiska postrzegana jest bowiem nie tylko tu i teraz, lecz także z perspektywy przyszłych pokoleń.

Od antropocentryzmu do ekocentryzmu

W nowo przyjmowanych rozwiązaniach prawnych środowisko chroni się jako takie i nie ma znaczenia, czy dany jego element ma znaczenie gospodarcze dla człowieka. Trend ten ujmuje się jako odejście od antropocentryzmu w stronę ekocentryzmu. Użytkowa i gospodarcza, a nawet estetyczna przydatność poszczególnych zasobów przyrodniczych dla człowieka w żaden sposób nie wpływa na zakres i formę ich ochrony. Prawidłowemu wyważeniu interesów ochrony środowiska i potrzeb człowieka służy natomiast zasada zrównoważonego rozwoju, stanowiąca pewnego rodzaju próbę kompromisu między totalizmem koncepcji ekocentrycznej a rozwojem gospodarczym nakierunkowanym z reguły na nieograniczoną eksploatację zasobów i maksymalizację zysków poszczególnych jednostek.

Z opisaną ewolucją poglądów związane jest zatem odejście od partykularyzmu polegającego na indywidualnej ochronie poszczególnych elementów środowiska naturalnego. Zastąpiło go podejście bardziej uniwersalne i holistyczne, w którym przedmiotem instrumentów prawa międzynarodowego jest ochrona całych ekosystemów i różnorodności biologicznej (bioróżnorodności). W tym celu wprowadzana jest zintegrowana ochrona poszczególnych ekosystemów, a nie jedynie ich pojedynczych składników.

Opisana wyżej ewolucja prowadzi do upodmiotowienia środowiska, a zatem to środowisko jako takie może być zagrożone lub poszkodowane. Nie oznacza to jednak zerwania więzi z interesami człowieka. Uszczerbek doznany przez środowisko skutkuje naruszeniem interesów zbiorowości korzystających z zasobów środowiska. Ewolucja w stronę ekocentryzmu nie odbywa się więc ze szkodą dla ludzi. Nawet najbardziej kazuistyczne rozwiązania prawne służące ochronie trudnych do uchwycenia zasobów oceanu w ostatecznym rozrachunku służą człowiekowi.

Koncepcja szkody społecznej

Odejście od antropocentryzmu i zaakceptowanie poglądów ekologii integralnej jest jednak źródłem kolejnych wyzwań. Wymaga bowiem uwypuklenia aspektu społecznego i międzypokoleniowego ochrony środowiska. Środowisko służy bowiem nie tyle pojedynczym jednostkom, lecz przede wszystkim społeczności, ludzkości i przyszłym pokoleniom. W takim ujęciu zanieczyszczenie środowiska lub jakikolwiek uszczerbek w nim nie jest jedynie szkodą ponoszoną przez określoną jednostkę lub ich zbiorowość, lecz negatywnie oddziałuje na całe społeczności. Tradycyjnie jednak odpowiedzialność odszkodowawcza ukształtowana jest wokół relacji między poszkodowaną jednostką a sprawcą szkody. A co w sytuacji, gdy poszkodowane są przyszłe pokolenia, a zatem podmioty, które jeszcze nie istnieją?

W tych okolicznościach konieczne wydaje się szersze wprowadzenie koncepcji szkód społecznych (social harms). Pozwala ona bowiem dostrzec uszczerbek wyrządzony środowisku, który dotyka całych społeczności i który może być niedostrzegalny z perspektywy pojedynczych jednostek. Powstają w związku z tym pytania: jak określić miejsce i fakt uszczerbku doznanego przez jednostkę w związku ze szkodą wynikającą ze zmian klimatu? Czy szkodą może być na przykład podwyższenie podatków ze względu na większe koszty zwalczania lub dostosowania do zmian klimatu? Czy szkodą ponoszoną przez społeczność jest zwiększenie składek ubezpieczeniowych i wydatków służby zdrowia ponoszonych na leczenie chorób wynikających z zanieczyszczeń? Na razie pytania te pozostają niestety bez odpowiedzi.

Nadal zatem znajdujemy się na początku drogi rozwoju prawa ochrony środowiska. Wydaje się jednak, że potrzebujemy bardziej złożonych i dojrzałych rozwiązań. Nowe regulacje o plastikowych produktach jednorazowego użytku są wprawdzie rozwiązaniem zmierzającym w dobrym kierunku, ale niestety zbyt selektywnym w obliczu znacznie bardziej złożonych wyzwań ochrony środowiska.

dr Dominik Wałkowski, adwokat, praktyka prawa ochrony środowiska kancelarii Wardyński i Wspólnicy