Niezupełnie estoński CIT


Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział wprowadzenie w Polsce tzw. estońskiego CIT i przedstawił jego główne założenia. Reforma miałaby wejść w życie już od nowego roku. Jakie korzyści dla podatników niesie ta zmiana? Czy tzw. estoński CIT, który miałby być wprowadzony do polskich przepisów podatkowych, jest rzeczywiście podobny do oryginalnych rozwiązań stosowanych w Estonii?

Planowane zmiany i korzyści

Obecnie podatnicy CIT zobowiązani są wpłacać miesięczne lub kwartalne zaliczki na podatek dochodowy oraz dokonywać corocznych rozliczeń z fiskusem. Przedsiębiorcy, którzy skorzystają z estońskiego CIT, zostaną uwolnieni od ww. obowiązków – podatek zapłacą dopiero w momencie, gdy wspólnicy zdecydują się na dystrybucję zysku i przeznaczenie go na własne, a nie biznesowe cele. Im dłużej środki pozostaną niewypłacone w formie zysku, tym wyższa będzie korzyść podatkowa dla przedsiębiorstwa.

Wedle zamierzeń rządu zatrzymanie zysków w spółce to jeden ze sposobów na zabezpieczenie się przed kryzysem. Estoński CIT ma przyczynić się do wzrostu kapitałów własnych przedsiębiorstw, poprawy ich płynności, zdolności kredytowej i produktywności, a tym samym znacznie przyspieszyć wzrost gospodarczy i zwiększyć konkurencyjność całej gospodarki – podkreślają kierujący Ministerstwem Finansów. Wskazuje się również na prostotę planowanego rozwiązania – brak rachunkowości podatkowej i obowiązku wypełniania deklaracji. Zgodnie z zapowiedziami podatnik nie będzie musiał ustalać, co jest podatkowym kosztem uzyskania przychodu czy też obliczać odpisów amortyzacyjnych dla celów podatkowych – trudno sobie jednak wyobrazić, jak te zapewnienia miałyby zostać wdrożone w praktyce.

Główne założenia reformy

Na pierwszy rzut oka rozwiązanie wygląda bardzo atrakcyjnie. Niestety entuzjazm maleje, gdy zagłębimy się w główne założenia reformy. Rozwiązanie skierowane jest bowiem wyłącznie do małych i średnich spółek, których roczne przychody nie przekraczają 50 mln zł i w których udziałowcami są wyłącznie osoby fizyczne. Co więcej, spółka, która chciałaby skorzystać z estońskiego CIT, nie może być zaangażowana kapitałowo w innych podmiotach, musi zatrudniać co najmniej trzech pracowników oprócz udziałowców, a jej przychody pasywne nie mogą przewyższać przychodów z działalności operacyjnej. Wszystkie wskazane wyżej kryteria muszą być spełnione łącznie. Podatnik będzie mógł wybrać stosowanie systemu estońskiego na okres czterech lat z możliwością przedłużenia na kolejne czteroletnie okresy. Przedłużenie będzie możliwe, jeśli w ostatnim, czwartym roku korzystania z rozwiązania podatnik wciąż spełnia komplet wskazanych kryteriów. Pozytywnie należy ocenić założenie, że przekroczenie przez spółkę progu 50 mln zł w trakcie czteroletniego okresu nie wykluczy jej ze stosowania estońskiego CIT.

Daleko od oryginału, daleko od ideału

Co planowany w Polsce „estoński CIT” ma wspólnego z oryginalnym rozwiązaniem wypracowanym w Estonii? Poza głównym założeniem, że podatek płaci się dopiero w momencie dystrybucji zysków, wydaje się niestety, że niewiele.

Oryginalny system nie wprowadza żadnych szczególnych warunków, progów i ograniczeń – mogą z niego korzystać wszystkie estońskie przedsiębiorstwa – wyjątkiem są jedynie instytucje kredytowe. Estoński ustawodawca nie ograniczył więc stosowania omawianego nowoczesnego rozwiązania wyłącznie do małych i średnich spółek. Nie narzucił też żadnych obostrzeń związanych ze strukturą udziałowców, powiązaniami kapitałowymi, zatrudnianiem pracowników czy też źródłami przychodów podatników. Oryginalny estoński CIT obejmuje wszystkie dochody z działalności operacyjnej oraz wszystkie rodzaje dochodu pasywnego (np. należności licencyjne, dywidendy, odsetki), a także zyski kapitałowe ze sprzedaży wszystkich rodzajów aktywów (w tym akcji i innych papierów wartościowych oraz nieruchomości).

I choć, co do zasady, planowaną reformę należy ocenić pozytywnie, to pozostaje mieć nadzieję, że z biegiem czasu polskie rozwiązanie zbliży się do estońskiego ideału i obejmie swoim zasięgiem szerszy krąg polskich przedsiębiorców.

Sandra Derdoń, doradca podatkowy, Michał Nowacki, radca prawny, doradca podatkowy, praktyka podatkowa kancelarii Wardyński i Wspólnicy