Justyna Zandberg-Malec

Michael Dembiński: Recepta na sukces dla brytyjskich spółek w Polsce? Po prostu tu być

Portal Procesowy: Jakie są główne kierunki brytyjskich inwestycji w Polsce?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że w 2010 roku poziom tych inwestycji znacznie wzrósł, zarówno pod względem liczby firm, jak i wielkości inwestycji. A kierunek inwestycji od lat jest ten sam.

Wyróżnia się sektor usług dla biznesu. Związana z kryzysem skłonność do redukcji kosztów sprawia, że firmy coraz chętniej przenoszą pewne obszary swojej działalności z zachodniej Europy do Europy Środkowo-Wschodniej. Tak postąpiły m.in. spółki Shell i Thomson Reuters, które wskutek kryzysu znacznie zwiększyły liczbę przeniesionych tu procesów. Potencjalnym kłopotem może być otwarcie dla Polaków niemieckiego rynku pracy, co nastąpi 1 maja 2011 roku. Wielu wykształconych Polaków ze znajomością języków może wybrać pracę za zachodnią granicą, ale potencjał tego sektora nadal jest ogromny.

Podobnie jest w sektorze spożywczym, w którym wymiana handlowa zwiększyła się obu kierunkach. Wzrost zamożności polskich konsumentów przekłada się na ich ciekawość nowych smaków. Spółka Associated British Foods zamknęła fabrykę w Wielkiej Brytanii i otworzyła ją w Polsce. W Nowej Soli będzie produkować egzotyczne przyprawy i sosy marek Blue Dragon i Rajah. AB Foods przeniosła też fabrykę herbaty Twinings w okolice Poznania. Herbata Twinings dla całego globu będzie odtąd produkowana w dwóch fabrykach: jednej w Chinach i jednej w Polsce.

Wciąż czekamy na rozwój rynku dań gotowych. W polskich miastach coraz więcej jest młodych profesjonalistów, dla których problemem nie jest brak pieniędzy, ale brak czasu. Chętnie wstąpiliby po pracy do Waitrose czy Sainsbury’s po kurczaka curry z trawą cytrynową, do podgrzania w mikrofalówce. Rynek dań gotowych w Polsce wciąż jest w powijakach, ale potencjalny rynek zbytu jest ogromny, nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej czy nawet dalej.

Obiecujący jest też sektor high-tech. W Polsce są już firmy takie jak Pratt & Whitney, General Electrics, Sikorsky Helicopters, Avio czy Agusta Westland. Firmom tym do rozwoju potrzebna jest nie tylko infrastruktura, ale też umiejętności polskich inżynierów.

Sektor motoryzacyjny wciąż jest nierówny. Decyzja Fiata, żeby przenieść produkcję Pand nowej generacji do Włoch, miała naturalnie podłoże polityczne. Nie obserwujemy napływu nowych inwestorów, chociaż parę firm wyraziło zainteresowanie. Brytyjczycy są specjalistami od sportów motorowych, na przykład silników samochodów wyścigowych. Możliwością inwestycji w Polsce interesowało się parę firm, które chciałyby tu przenieść zaawansowaną technologicznie produkcję.

Liczy się też sektor chemiczno-farmaceutyczny. Wymiana handlowa między oboma krajami poważnie wzrosła. GlaxoSmithKline jest obecnie największym producentem farmaceutyków w Polsce. Zasadniczo inwestycje idą za handlem. Brytyjskie firmy najpierw wkraczają na polski rynek tylko po to, by sprzedawać tu swoje produkty. Potem spostrzegają, że mogą wykorzystać Polskę jako platformę produkcyjną dla całej Europy Środkowo-Wschodniej. Mamy więc nadzieję, że takich inwestycji będzie więcej.

W budownictwie, zwłaszcza w sektorze publicznym, Wielka Brytania nie wykorzystuje w pełni swoich możliwości. Brytyjski rząd za pośrednictwem Brukseli pompuje do Polski pieniądze w postaci unijnych funduszy strukturalnych i funduszy spójności, ale brytyjskie firmy nie korzystają z tej szansy tak jak, powiedzmy, Austria, Niemczy czy kraje skandynawskie. Według polskiego Ministerstwa Rozwoju Regionalnego na każde euro, które austriacki rząd przeznacza dla Polski, 97 centów wraca do austriackich firm uczestniczących w przetargach publicznych na roboty budowlane. W przypadku Niemiec to jest 64 centów, a w przypadku Wielkiej Brytanii – ledwie 13 pensów z każdego funta. Jeżdżąc po Polsce widzi się, ile robót drogowych wykonują firmy Strabag, Hochtief, Skanska czy Bouygues. Firm brytyjskich nie widać.

Mało zauważalne są też inwestycje w nieruchomości. Brytyjskie fundusze emerytalne czy fundusze private equity mogłyby liczyć na spore zyski z inwestycji w komercyjne nieruchomości. Różnica między cenami nieruchomości w Polsce i na Zachodzie wciąż jest wyraźna. Ostatnio dyskutowaliśmy w Izbie nad optymalnym formatem sprzedaży detalicznej w miastach drugiej i trzeciej wielkości w Polsce, w których obecnie bardzo brakuje powierzchni sklepowej i biurowej. Ich mieszkańców nie stać na kupowanie w luksusowych centrach handlowych, ale też im zależy na produktach markowych. Dobrym rozwiązaniem byłyby na przykład outlety fabryczne albo nieduże centra handlowe typu strip mall.

W Polsce dobrze sprzedawałyby się też produkty tzw. „brakującego środka” – czyli solidnie wykonane i starczające na długo. Zgodnie z obiegową opinią większość Polaków to ludzie biedni, którzy wolą kupować tanie produkty niskiej jakości, a do tego garstka krezusów, skłonnych bezsensownie przepłacać za dobra luksusowe. Wszelkie towary luksusowe, czy to samochody sportowe, ubrania, zegarki czy buty, w Wielkiej Brytanii są tańsze niż w Polsce. Dlatego powtarzamy brytyjskim firmom wytwarzającym tradycyjne produkty, że w Polsce znajdą dobry rynek zbytu, że doskonale wpasują się w niszę na polskim rynku konsumenckim.

Jakie problemy biznesowe lub prawne mają brytyjscy inwestorzy w Polsce?

Struktura prawna w Polsce bardzo się różni od brytyjskiej, gdzie obowiązuje system common law. W Polsce liczy się kodeks, a litera prawa jest ważniejsza od ducha prawa. Ale dla dużych inwestorów to nie jest problem. Duży inwestor przyjeżdżający do Polski znajdzie tu dobrego prawnika, dobrego księgowego, dobrego doradcę podatkowego, dobrego konsultanta i dobrą firmę HR, która wyszuka mu najlepszych menedżerów. Brytyjskie inwestycje w Polsce są zdominowane przez dużych graczy, wielkie światowe firmy, które nie mogą zignorować takich możliwości rynkowych.

Gorzej jest z brytyjskimi małymi i średnimi firmami, które nie są tu obecne w tym stopniu co niemieckie czy włoskie. Ponad połowa włoskich inwestycji w Polsce to małe lub średnie firmy rodzinne. W przypadku firm niemieckich ten procent jest jeszcze większy. Polska od ponad dwudziestu lat jest zewnętrzną bazą produkcyjną dla Mittelstandu. Brytyjskie spółki zarządzane przez właścicieli mają spory problem. Analizy wyglądają obiecująco, kiedy jednak właściciel – który jest zarazem zarządzającym – przyjeżdża tu, żeby rozkręcić interes, jest przerażony. Nie rozumie, dlaczego ma rejestrować spółkę w sądzie. Czemu ma decydować sędzia? Kto jest stroną przeciwną w tym sporze? Po co ta biurokracja? Dlaczego ma potwierdzać notarialnie swój podpis, skoro jego wzór jest w paszporcie?

Wszystkie to zabiera czas, którego właściciel-zarządzający nie ma. W Brytyjsko-Polskiej Izbie Handlowej wielokrotnie widywaliśmy firmy ze świetnymi pomysłami, firmy, które robią interesy na całym świecie, które rezygnowały z wejścia do Polski, bo w czasie potrzebnym na założenie jednego przedsięwzięcia w Polsce zdążyłyby założyć trzy w Stanach, Singapurze, Irlandii czy gdziekolwiek. Jeżeli Polska chce być bardziej konkurencyjna, musi rozprawić się z biurokracją. Tu nie wystarczą półśrodki.

Biurokracja hamuje rozwój małych i średnich firm. Tylko 12 proc. Polaków pracuje w małych firmach, zatrudniających od 10 do 50 osób. Tymczasem średnia unijna wynosi 17.7 proc., a w Danii wzrasta do 24 proc. W Polsce jest bardzo wiele mikroprzedsiębiorstw, czy pojedynczych osób zmuszonych do samozatrudnienia w związku z wysokimi składkami na ZUS. Ale jeśli chodzi o prawdziwe małe przedsiębiorstwa – czyli te, które generują dobrobyt i tworzą miejsca pracy – Polska radzi sobie najgorzej w całej Unii. Paradoksalnie jest to zresztą dobra wiadomość dla większych firm, które mogą nie obawiać się konkurencji małych przedsiębiorstw.

Jaki jest przeciętny czas inwestycji? Czy firmy, które weszły do Polski na początku lat 90., już się wycofały?

Bardzo niewiele firm brytyjskich się wycofuje. Częściej zostają przejęte. Przykładem może być przejęcie Cadbury’s przez firmę Kraft, podobnie Pilkington Glass w Sandomierzu został połknięty w całości przez mniejszą firmę Nippon Sheet Glass.

Nie pamiętam, żeby jakaś brytyjska firma weszła na polski rynek i poległa. Niektóre inwestycje okazały się mniej zyskowne niż planowano, innym na zyski przyszło poczekać dłużej, ale generalnie doświadczenia dużych brytyjskich firm w Polsce są bardzo pozytywne.

A czy polskie firmy mają szanse wejść na rynek brytyjski?

Na pewno gwałtownie wzrasta polski eksport do Wielkiej Brytanii. W pierwszej połowie 2010 roku, w porównaniu z tym samym okresem roku 2009, wzrósł o 40 proc. Eksport brytyjski do Polski w tym samym okresie wzrósł o 22 proc. A z zasady za wymianą handlową przychodzą inwestycje.

Oczywiście znakomita większość tego eksportu pochodzi od międzynarodowych firm, które mogą tu produkować bardziej konkurencyjnie niż na Zachodzie, ale są też polskie sukcesy eksportowe, na pewno w sektorze spożywczym, chemicznym, części samochodowych i produkcji high-tech. Najwięcej stracił sektor motoryzacyjny, który kiedyś był największym obszarem obustronnego wzrostu – produkowane w Polsce fiaty i ople były wymieniane na „brytyjskie” nissany, toyoty i hondy. Teraz tempo zmalało ze względu na globalną recesję, ale w tym obszarze sporo można jeszcze osiągnąć.

Zgodnie z danymi NBP Wielka Brytania jest na czwartym miejscu pod względem polskich inwestycji, po Niemczech, Ukrainie i Czechach. To świetne miejsce na założenie biznesu. Mówiłem o trudnościach małych i średnich firm w Polsce. W Wielkiej Brytanii właściwie nie ma barier. Bardzo łatwo jest założyć spółkę czy przejść na samozatrudnienie. Według brytyjskiego ministra ds. Europy w ciągu pięciu lat między przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej a czerwcem 2009 roku firmę w Wielkiej Brytanii założyło 47 tysięcy Polaków. To kreatywni, dynamiczni ludzie, którzy mogliby kreować dobrobyt w Polsce, ale zamiast tego kreują dobrobyt w Wielkiej Brytanii, bo tam jest łatwiej. Oczywiście większość z tych spółek jest i pozostanie mała, ale z samej statystyki wynika, że w końcu znajdzie się polski Richard Branson czy Alan Sugar, który stworzy bardzo znaczącą firmę. To będzie bardzo użyteczny pomost pomiędzy gospodarką polską a brytyjską. Jako Izba planujemy zresztą zwiększyć aktywność wśród polskich przedsiębiorców w Wielkiej Brytanii.

Co powinna zrobić brytyjska firma, żeby odnieść sukces w Polsce?

Po prostu tu być. Wiele brytyjskich firm nie ma tej świadomości. Postrzegają Europę Środkowo-Wschodnią jako całość i myślą, że w Polsce jest tak samo jak na Ukrainie czy w Rumunii. Trzeba przyjechać do Polski, żeby zobaczyć, jak rynek się tu rozwija.

Polska jest krajem ostrych kontrastów. Polskim miastom pod względem cywilizacyjnym bliżej jest do miast brytyjskich niż do polskiej wsi, gdzie bezrobocie wciąż jest horrendalnie wysokie, a poziom rozwoju bardzo niski. Poza tym Polska nie jest gospodarką jednego miasta, jak większość jej sąsiadów. Polska klasa średnia mieszka w łatwo dostępnych aglomeracjach. Z marketingowego punktu widzenia to bardzo atrakcyjny rynek.

Rozmawiała Justyna Zandberg-Malec