Bartosz Trocha

Jak upadłość piętnuje przedsiębiorcę?

Jednym z podstawowych założeń planowanej reformy prawa upadłościowego i naprawczego jest podkreślenie konstruktywnej roli postępowań restrukturyzacyjnych. Czy rzeczywiście ta gałąź prawa wykazuje zwiększone zapotrzebowanie na pozytywny PR?

Zagadnienie wizerunku uczestników obrotu gospodarczego znajdujących się w stanie upadłości zajęło poczesne miejsce w opublikowanych Rekomendacjach Zespołu Ministra Sprawiedliwości ds. nowelizacji Prawa upadłościowego i naprawczego. Zdaniem autorów rekomendacji nowa ustawa powinna wskazywać skuteczną restrukturyzację jako podstawowy cel, do którego dąży przedsiębiorca w kryzysie. Postulat ten ma na celu zmniejszenie „negatywnego wydźwięku i skojarzeń z instytucjami prawa upadłościowego” w myśl hasła „Prawo upadłościowe nie stygmatyzuje przedsiębiorców”.

Inicjatywa wizerunkowa autorów projektu zasługuje na uznanie. Nie sposób nie podzielić refleksji, że z punktu widzenia przedsiębiorców usiłujących wyjść na prostą w procesie restrukturyzacji kluczowe znaczenie ma zachowanie pozytywnych relacji z kontrahentami mimo bieżących trudności. Dotyczy to właściwie wszystkich branż, zarówno tych, w których działa wiele podmiotów, jak i tych, w których „tort” dzieli jedynie kilku kluczowych graczy. Bez poczucia zaufania, które pozwoli potencjalnym kontrahentom przezwyciężyć obawy związane z aktualnym statusem takiego przedsiębiorcy, szanse na skuteczny pełny powrót do obrotu gospodarczego będą mocno ograniczone. W praktyce ów status bywa niestety nader często brzemieniem, które dodatkowo utrudnia skuteczną sanację niezależnie od rzeczywistych problemów finansowych.

Przyczyny takiego stanu rzeczy trzeba upatrywać w historycznie ugruntowanym w Polsce postrzeganiu instytucji upadłości i prawa upadłościowego w ogóle jako swoistej „gilotyny” dla przedsiębiorców znajdujących się w ostatniej fazie agonii. W dawnej Rzeczpospolitej, w przeciwieństwie do państw zachodniej Europy, właściwie nie doszło do wykształcenia się prawa upadłościowego w nowożytnym rozumieniu, nie licząc wewnętrznych przepisów Gdańska, mającego wielowiekowe tradycje kupieckie. Własnych regulacji powszechnych dorobiliśmy się w dwudziestoleciu międzywojennym. Jak zaznaczali ówcześni autorzy, bankructwo postrzegano wtedy jako okoliczność szkalującą dobre imię, nie tylko w sferze biznesowej, ale nawet towarzyskiej. Kryzys lat 30. dodatkowo spotęgował skalę negatywnych skojarzeń z tą gałęzią prawa. Z kolei przemiany ustrojowe w latach 90. pociągnęły za sobą falę upadłości wielkich przedsiębiorstw państwowych. Słowa takie jak „syndyk”, „upadłość”, „restrukturyzacja” zaczęto wówczas powszechnie wiązać z zamykanymi fabrykami-molochami, przestarzałymi technologiami i falami zwolnień. Do tego dochodziło wyobrażenie o upadłości jako sprytnym sposobie na odnalezienie się dotychczasowych władz zakładów w nowej rzeczywistości; mówiono wręcz o „reżyserowanych upadłościach”. Wszystko to razem stworzyło w społeczeństwie obraz upadłości jako „najczarniejszej godziny” dla każdego przedsiębiorstwa, przesłaniając zupełnie wszelkie konstruktywne aspekty.

Problem pozostaje aktualny do dziś, mimo postępującej profesjonalizacji obrotu i gromadzenia doświadczeń przez jego uczestników. Upadłość jawi się bowiem wciąż jako prosta droga do eliminacji z rynku. Optykę tę przyjmuje się powszechnie w publicystyce i w mediach. Przykładem niech będzie chociażby ironiczne stosowanie przez wielu dziennikarzy przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych pojęcia „masa upadłościowa” pod adresem jednej z partii politycznych, która zanotowała znaczący spadek poparcia. Nie pomaga też powszechny brak dostatecznego rozróżnienia w doniesieniach medialnych między upadłością układową i likwidacyjną, które dla uproszczenia wrzuca się do jednego worka z krzyczącym napisem „bankructwo”. W efekcie nawet tak prozaiczna rzecz jak obligatoryjny dodatek do firmy, wskazujący na rodzaj orzeczonej upadłości, działa jako dodatkowa negatywna łatka dla ogółu odbiorców stykających się z danym podmiotem po raz pierwszy, np. poprzez jego stronę internetową. Złe skojarzenia uruchamiają się wówczas automatycznie, choćby dana witryna obfitowała równocześnie w informacje o nowych kontraktach, prognozowanych zyskach czy wzrastającym zatrudnieniu. W efekcie praktycznie wszelkie fakty i dane świadczące o sukcesywnym wychodzeniu przez przedsiębiorcę z kłopotów pozostają w cieniu krótkiego, uwierającego zwrotu „w upadłości”, choćby chodziło o upadłość układową.

Także sami przedsiębiorcy mają świadomość, że wiele tracą na schematycznym i stereotypowym odbiorze. W środowisku sportowym echem odbiła się niedawna wypowiedź właścicieli jednego z popularnych polskich klubów piłkarskich, który żalił się, że prowadzone próby restrukturyzacji finansów klubu traktowane są przez związkową centralę jako okoliczność zagrażająca przyznaniu licencji na grę w ekstraklasie: Kiedyś postępowanie układowe, czyli naprawcze, nie wiązało się ze słowem „upadłość”. Później zmieniono przepisy, wciskając wszystko do postępowania upadłościowego, ale w nim jedna ścieżka jest układowa, a druga likwidacyjna. Ludzi to przeraża, bo nie wiedzą, co to jest. A to przecież normalna rzecz w spółkach akcyjnych. Moim zdaniem wszystkie kluby mające kłopoty powinny iść tą ścieżką1.

W kontekście opisanych wyżej problemów wizję autorów rekomendacji należy ocenić co do zasady na plus, jako wychodzącą naprzeciw potrzebom rynku, zwłaszcza w obliczu trwającego wciąż kryzysu gospodarczego. Budowanie wizerunku przedsiębiorcy w fazie restrukturyzacji jako rzetelnego i godnego zaufania uczestnika obrotu z pewnością będzie pomocnym narzędziem w walce z tym kryzysem. Z drugiej strony nie należy z przesadnym optymizmem oczekiwać, że wzrost znaczenia restrukturyzacji automatycznie przełoży się na zmniejszenie liczby ogłaszanych upadłości. Te ostatnie pozostają bowiem immanentną częścią systemu opartego na konkurencji między podmiotami obecnymi na rynku, podobnie jak przejęcia czy fuzje. Samo zatem poluzowanie przepisów, choćby najbardziej korzystne dla przedsiębiorców, nie zagwarantuje im jeszcze stabilizacji ekonomicznej, gdyż na jej osiągnięcie wpływają w znacznym stopniu czynniki niezwiązane z prawem i niezależne od woli ustawodawcy.

Wypada podkreślić, że według założeń nowelizacji wyeksponowanie pozytywnych skojarzeń będzie widoczne już w samym tytule nowej ustawy: „Prawo restrukturyzacyjne i upadłościowe”. Pozostaje żywić nadzieję, że koncepcja ta znajdzie wyraz w starannie zredagowanych przepisach, wolnych od życzeniowego myślenia i uwzględniających realia ekonomiczne i społeczne.

Bartosz Trocha, Zespół Prawa Upadłościowego i Restrukturyzacji kancelarii Wardyński i Wspólnicy


1 www.sport.pl, 24.04.2013, Sylwester Cacek o licencji Widzewa: „To pierwszy taki przypadek w Polsce” – wywiad.