Google v. Copiepresse – bolesny początek wojny


Publikując bez zgody wydawców fragmenty artykułów prasowych nie można powoływać się na prawo cytatu, zwłaszcza jeśli nie podaje się autora cytowanego artykułu.

5 maja 2011 roku, po blisko pięciu latach sporu, sąd apelacyjny w Brukseli podtrzymał wcześniejszy wyrok nakazujący Google usunięcie tzw. kopii lokalnych stron internetowych z Google Web oraz fragmentów artykułów prasowych publikowanych bez zgody wydawców w Google News.

Zasadnicza argumentacja pozwu wniesionego w 2006 roku przez Copiepresse (spółka zrzeszająca belgijskich wydawców prasowych) koncentrowała się wokół zarzutu, że świadczone przez Google usługi wykraczają poza zwykłe wyszukiwanie treści zgromadzonych w sieci internetowej. Copiepresse zarzuciła ponadto, że kopiowanie treści stron internetowych określonych publikacji oraz ich udostępnianie jako „kopii lokalnych” stanowi naruszenie praw autorskich wydawców.

W odpowiedzi Google podniosło szereg argumentów, próbując obalić podniesione zarzuty nie tylko z punktu widzenia przepisów prawa autorskiego. Przede wszystkim wskazano, że Google dysponował zgodą wydawców na wykorzystanie publikacji, tyle że była to zgoda domniemana. W opinii amerykańskiego potentata wydawcy mieli wyrazić swoją zgodę poprzez zaniechanie umieszczenia w metatagach stron internetowych oraz na swoich serwerach określonych informacji, które uniemożliwiłyby tworzenie kopii lokalnych oraz indeksowanie stron (opt-out). Jak wywodzono, w związku z rozwojem nowoczesnych technologii i nowych narzędzi marketingowych tego rodzaju domniemana zgoda jest powszechnie przyjęta.

Sąd odrzucił stanowisko Amerykanów, podnosząc, że prawa własności intelektualnej podlegają silnej ochronie i nie mogą zostać unicestwione poprzez brak wdrożenia określonego rozwiązania technicznego, tym bardziej że podmiot uprawniony mógł nawet nie mieć świadomości jego istnienia. Belgijski sąd porównał nawet dość naiwną argumentację potentata internetowego do próby równie naiwnego twierdzenia, że legalna powinna być także kradzież dobytku z domu z otwartymi drzwiami – jako niezapewniającego należytego zabezpieczenia.

W dalszej kolejności padło odwołanie do przepisów regulujących działanie w ramach dozwolonego użytku utworów – prawa cytatu oraz prawa do przygotowywania przeglądów publikacji (clipping). Przywołano również prawo do tworzenia tymczasowych kopii utworów – tzw. caching.

I w tym przypadku sąd nie podzielił argumentacji spółki, wskazując, że:

  • serwis Google News nie podaje autora cytowanego artykułu – co stanowi podstawowy warunek powołania się na przywilej cytowania;
  • Google News stanowi wyłącznie automatycznie stworzony zbiór artykułów pozbawionych jakiegokolwiek odautorskiego komentarza, co wyklucza uznanie go za zbiór chroniony przepisami prawa autorskiego;
  • Google nie jest wydawcą prasowym, a tylko taki podmiot może przygotowywać przeglądy prasowe;
  • publikacje w Google News są na tyle obszerne, że skutecznie zniechęcają czytelników do zapoznania się z pełną treścią artykułu;
  • tworzenie „kopii lokalnych” przez Google nie stanowi „cachingu,” gdyż „kopia lokalna” nie ma charakteru przejściowego lub incydentalnego (efemerycznego), ponadto umożliwia użytkownikowi podgląd strony nawet wówczas, gdy przestała ona już istnieć lub została przeniesiona do (odpłatnego) archiwum.

Wyrok ten, choć nie jest zaskoczeniem, może mieć daleko idące skutki na terenie Unii. Już poprzedni wyrok z 2007 roku był szeroko komentowany, m.in. w Parlamencie Europejskim w trakcie obrad o perspektywach w dziedzinie prawa autorskiego. Odnosząc się do omawianego wyroku, całość linii argumentacyjnej internetowego giganta opiera się o szereg różnorodnych argumentów dotyczących różnych aspektów obecności w przestrzeni wirtualnej. Jak się okazało, obrana taktyka zawiodła w sporze z wydawcami, którzy dysponują znakomitym rozeznaniem w obowiązujących przepisach. Być może najlepszym rozwiązaniem byłoby rozpoczęcie dyskusji na temat zakresu ochrony prawa autorskiego. Jak się wydaje, w europejskim orzecznictwie wciąż jeszcze jest miejsce na pogłębioną dyskusję co do przyszłości prawa autorskiego. Wciąż nie ma np. zgody co do tego, czy powinniśmy chronić wszelkie owoce ludzkiego intelektu, czy też jedynie te, które wyróżniają się z masy podobnych utworów.

Z uwagi na wysoki poziom harmonizacji przepisów prawa autorskiego zapadły wyrok może mieć istotne znaczenie również w Polsce. W szczególności powinien on zainteresować podmioty zajmujące się monitoringiem mediów bądź innego rodzaju zbieraniem internetowego kontentu. Takie podmioty będą musiały liczyć się z potrzebą zmian w prowadzonej działalności i formie przygotowywanych raportów – rzecz jasna, w zależności od sposobu wykorzystywania przedmiotów ochrony prawa autorskiego. Z pewnością najpewniejszym, choć kosztownym wyjściem byłoby zawarcie umów licencyjnych z wydawcami.

Eric Rheims, Zespół Prawa Własności Intelektualnej kancelarii Wardyński i Wspólnicy

dr Damian Flisak, Zespół Prawa Mediów kancelarii Wardyński i Wspólnicy