Czy prawo własności intelektualnej jest gotowe na twórczość robotów?


Roboty nie tylko wytwarzają i przetwarzają, ale też tworzą. Coraz pilniejsza staje się więc odpowiedź na pytanie, komu właściwie przysługują prawa autorskie do utworu stworzonego przez robota.

Roboty nie od dziś towarzyszą nam w zespołach badawczych, biurach i pracowniach. Ich rola jednak cały czas się zmienia. Kiedyś wykorzystywane jako narzędzia, dziś coraz częściej stają się partnerami w procesie twórczej kreacji. Niekiedy zupełnie same, po godzinach, na nocnych zmianach tworzą albo kończą to, co rozpoczęto za dnia z udziałem człowieka. Efekty ich prac mogą być różne – od dzieł literackich, graficznych, muzycznych czy kartograficznych po wynalazki, bazy danych i programy komputerowe.

Czy twórczość robota (ang. computer generated work) może być chroniona prawem autorskim? A jeśli tak – to kto jest jej autorem? Pytanie o to nie jest wcale nowe, ale nabiera coraz większej wagi. Polskie prawo autorskie rozpoznaje przecież jedynie „czynnik ludzki” jako ten, któremu należy się ochrona prawnoautorska i przymiot twórcy.

Problem wcale nie jest czysto teoretyczny. Wystarczy zastanowić się, kto jest twórcą zdjęć wykonywanych w budkach fotograficznych albo tłumaczeń tekstów obcojęzycznych, generowanych przez maszynę. Robiąc poranny przegląd prasy możemy nie zdawać sobie sprawy, że również artykuły coraz częściej powstają bez udziału człowieka. Generowane są przez robota-dziennikarza, dzięki czemu informacje o aktualnych wydarzeniach trafiają do nas błyskawicznie.

Kto jednak jest twórcą dzieł generowanych przez robota? Próby identyfikacji ich autora prowadzą do kilku możliwych rozwiązań. Wśród zasługujących na uwagę, znajdują się – między innymi – te przyznające autorstwo:

  • programiście, który stworzył oprogramowanie robota generującego dzieło,
  • użytkownikowi robota,
  • programiście i użytkownikowi łącznie.

Pomysłów na rozwiązanie kwestii autorstwa było jednak zdecydowanie więcej. Zupełnie poważnie wskazywano, że autorem dzieła miałby być sam robot, a jego programista albo użytkownik nabywałby prawa do utworu w sposób pierwotny. Takie ujęcie należy jednak uznać za oderwane od istoty prawa autorskiego. Niekiedy przyjmowano też, że dzieło wytworzone przez robota w ogóle nie ma autora i nie powinno być chronione prawem autorskim. To jednak zbytnie uproszczenie sprawy. Biorąc pod uwagę poziom skomplikowania i oryginalności niektórych wytworów generowanych przez roboty, trudno zaakceptować brak ich ochrony prawnoautorskiej. Wydaje się jednak, że nawet najinteligentniejszy robot nie tworzy sam z siebie. Musi zostać w jakiś sposób zaprogramowany przez człowieka. Dopiero wykorzystując stworzony przez programistę algorytm, może dokonywać aktów kreacji. Niczego nie zmienia fakt, że czasem efekt pracy robota jest niezamierzony albo inny niż oczekiwany przez twórcę algorytmu.

Najbliższe uchwycenia problemu wydaje się odwołanie do tradycyjnego wykazania wkładu intelektualnego osoby ubiegającej się o przymiot twórcy. Z tego względu za najbardziej przemawiającą należy uznać koncepcję przyznania autorstwa dzieła stworzonego przez robota – programiście. Wytwór robota jest w pewnym sensie pochodną wytworu programisty, a autorstwo programisty ma charakter autorstwa pośredniego. Trudno odmówić racji argumentowi, że to programista pisze algorytm, który staje się bazą twórczych działań robota. Bez oprogramowania nie powstałby wytwór. Dowodzenie takiego pośredniego autorstwa programisty nie powinno być dużo trudniejsze niż w typowych sytuacjach autorstwa bezpośredniego. Wystarczy wykazanie, że programista stworzył program komputerowy, robot wytworzył dzieło, a pomiędzy oprogramowaniem i wytworem robota istnieje normalny związek przyczynowy.

Niestety, sytuacja jest zazwyczaj bardziej skomplikowana. Programista często nie jest użytkownikiem robota, którego programował. Użytkownikiem staje się inna osoba, np. kilkuosobowy zespół badaczy – naukowców. W takim wypadku możliwe są dwa rozwiązania. Pierwsze przyznaje autorstwo stworzonego wytworu użytkownikowi z wyłączeniem autorstwa programisty. Drugie, chyba bardziej przekonywające, zakłada, że programista pozostaje autorem dzieła stworzonego przez robota, a użytkownik, jeśli w twórczy sposób zmodyfikuje ten wytwór, staje się autorem dzieła zależnego.

Przyjęcie, że programista i użytkownik są współautorami wytworu stworzonego przez robota, jest trudne do pogodzenia z koncepcją współautorstwa na gruncie polskiej ustawy o prawie autorskim. Do powstania współautorstwa wymagane byłoby bowiem istnienie jakiegoś porozumienia pomiędzy programistą a użytkownikiem co do wspólnego stworzenia dzieła, a w omawianej sytuacji trudno o nim mówić.

Polska ustawa o prawie autorskim, podobnie zresztą jak jej odpowiedniki w znakomitej większości systemów prawnych, nie zawiera żadnych wskazań dotyczących kwestii podmiotowych wytworów kreowanych przez roboty. Tylko nieliczne ustawodawstwa regulują tę materię. Do wyjątków należą prawo brytyjskie i prawo Nowej Zelandii, które przyjmują, że autorem dzieła wygenerowanego przez robota jest osoba podejmująca działania niezbędne do powstania dzieła. Stworzono także normatywną definicję utworu generowanego komputerowo, przyjmując, że chodzi o utwór powstały w warunkach braku osobowego autora dzieła. Trudno powiedzieć, czy taka regulacja nie nastręcza więcej problemów niż korzyści. Jak bowiem wskazano wcześniej, zasadniczo każdy wytwór stworzony przez robota do swego powstania potrzebuje mniejszej lub większej dawki czynnika ludzkiego. Zawsze istnieje więc jakiś – choćby pośredni – osobowy autor dzieła, co może taką regulację „fikcyjnego autorstwa” czynić martwą.

Na polskich wokandach brak jest jeszcze spraw sądowych, które dotyczyłyby autorstwa dzieł tworzonych przez roboty. Wydaje się to tylko kwestią czasu. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby sądy – korzystając z metod wypracowanych dotychczas – badały rzeczywisty wkład twórczy człowieka w powstanie dzieła, które finalnie wygenerował robot. Można by nawet postawić tezę, że sztywne uregulowanie autorstwa dzieła stworzonego przez robota pozostałoby w sprzeczności z ideą ochrony prawnoautorskiej. Jej istotą jest przecież każdorazowe badanie pierwiastka twórczego zawartego w utworze. Wygląda więc na to, że prawo autorskie jest gotowe zmierzyć się z robotyzacją procesu twórczego. Na razie w twórczej kreacji wciąż najważniejszy jest człowiek.

Lena Marcinoska, praktyka własności intelektualnej i praktyka prawa nowych technologii kancelarii Wardyński i Wspólnicy

Artykuł jest częścią Raportu o robotyce